RSS
piątek, 13 listopada 2009
Krasnale ogrodowe.

Punktualnie o północy blaszane czerwy nocnych autobusów zaczynają wynurzać się z gniazda i skrzypiąc w przegubach, miarowo unosząc się i obniżając, pełzną w stronę przystanków. Jeden po drugim, w idealnym porządku, jak stadko mrówek. W środku snuje się specyficzna woń, mieszanka strawionego alkoholu, plam od sosu czosnkowego, zmęczonej skóry, śpiących oddechów. Byle trafić na swój przystanek i wyłuskać się spomiędzy siedzeń. Spojrzenia zwykle są niezbyt przytomne, czasami mgliste a najczęściej nie ma ich wcale, giną zakneblowane w szparach powiek. Nierytmiczny bełkot, nietrzeźwe pytania o papierosa, o godzinę i o sens. Bo bez sensu, że nie jedzie tam, gdzie miał.

Nocne seanse, plakaty na ścianach, kameralna publiczność. A przed oczami, klatka po klatce, blask i glamour.

00:45, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 listopada 2009
Zwykle.

Kiedy nastroje takie jak ten wczorajszo-dzisiejszy, sklapnięty i przydepnięty to i w domu wszystko jest bardziej gęste, sufit robi się cięższy, łóżko twardsze. Wychodzę wtedy, czym prędzej, gnieżdżę się w trzeszczącym tramwaju i jadę w ludność. Jest wieczór, chłodny. Prowokuję bezczelnymi spojrzeniami ludzi, łażę w kółko po rynku, obserwuję. Szkoda, że piątek, duży tłum, wszyscy idą w przeciwną stronę, schodzą po schodkach w dół, zanurzają się w dymach buchających z klubów, w tej mieszance papierosów, muzyki, potu i alkoholu. Idący z naprzeciwka uśmiechają się, machają rękoma - do innych ludzi, idących za mną. Interesuje się mną tylko pies, skrupulatnie obwąchujący nogawkę. Śmieję się z historii opowiadanej przez chłopca z grupy maszerującej przede mną, wzruszam sceną pocałunku w brodę i ucho, mam ochotę wyciągnąć rękę, zaczepić kogoś, zainicjować rozmowę.

Zaciskam palce na telefonie schowanym w kieszeni, może zadzwoni, może ktoś nabierze ochoty na rozmowę ze mną. Nie wibruje, za to ja mam dreszcze. Ale jakoś tak chyba nie z zimna.

Bez powodu?

23:05, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 listopada 2009
Stygnę.

Z szalikiem po samą brodę maszeruję Teatralnym, łowię wzrokiem rowerzystów, nucę, czekając na zielone światło. Paruję z ust, dzielnie znoszę kolejne dyskretne (i te mniej również) kosze. Koszyczki właściwie, bo to takie tylko pozorne, na niby, prapreludium. Bawię się w powagę, ale wciąż cholernie ekscytuję przy każdej sposobności. Momentami sam się dziwię swojej odwadze, której kiedyś było mniej. Tę odwagę pomagają mi trochę budować przyjaciele (samo to słowo dobrze na mnie działa), dobre głosy, krzepiące wieści, wiadomości o szczęściu. Lubię, kiedy są i marznę gdy ich braknie. Przyjaciele chwilowi. I ci na dłużej. Wszyscy, którzy zatrzymają się, żeby porozmawiać. Zwolnią, wymienią się niedźwiedzim uściskiem.

Teraz to już chwila, moment, na Kaponierze staną podświetlane choinki, ludzie w tramwajach zaczną wyrysowywać na zaparowanych szybach głupstewka a ja zacznę gubić rękawiczki.

W źrenicy tak pełnej żywej mgły
Nie ma nic.

22:59, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 października 2009
Korzyści emocjonalne.

Najchętniej ciągle bym spał. Czuję, że teraz więcej śpię, uczę się w przerwach. Niemyślenie przy nauce oczywiście nie wychodzi, wyszedł za to pomysł zrobienia porządku w szafce kuchennej, segregacja dokumentów i wyczyszczenie kabiny prysznicowej.

Propozycja przygodnego seksu, niezrozumiałe zdania po hiszpańsku, emocjonalny wampiryzm, chłopcy rozduszający w sobie gorzkie resztki poprzednich związków, w których masochistycznie się tarzają, słowa bez odpowiedzi, wszyscy konkretni, z licznymi przymiotami. Piękni, wyzwoleni i pewni. Ja też tam gdzieś pomiędzy, też po trochu odznaczający się tymi wszystkimi cechami.

Zespół sobotniej nocy (albo niedzielnego poranka) wywołany najwyżej lampką wina, częściej nadmiarem informacji wtłoczonych poprzedniego dnia do układu limbicznego. Emocje mają duży wpływ na pamięć, walki o miejsce w świadomości, hipokamp vs. ciało migdałowate. Tworzę teorię, że jeden może blokować drugi, że współpraca niemożliwa, chociaż tak bardzo pamiętam silne wrażenia.

Ochładzam, poważny student. Z teczką, usta w ciup, moje uszanowanie, proszę, miejsca ustąpię. Wyprostowany przy biurku pochłaniam cykle i procesy, w przypływie nadmiernego szaleństwa zrobię sobie dobrze spacerem do parku.

JA:
To, że się wcale nie odzywasz ma jakiś głębszy sens, rozumiem, że coś Cię okropnie do mnie zraziło, hm?
ON:
Tak, nie przyniesie mi znajomość z Tobą żadnych korzyści emocjonalnych, a nie chce się dołowac bardziej, więc mam nadzieję że już nie mamy nic do siebie. Pa.


Zimno tylko strasznie. Głębiej schować się już dzisiaj nie mogę.

20:18, gefyrofobia.ma
Link
wtorek, 06 października 2009
Kasztaniaki.

Gdyby taka cała jesień, jak dziś, to ja jestem na tak. Mimo kasztanów atakujących mnie z drzew i śliskich liściastych alejek czyhających na moje piszczele. Zamykam w termosowym kubku esencję herbacianą i z lukrowanymi ciastkami wyżywam się umysłowo, próbuję okiełznać łańcuchy oddechowe i kompleksy dehydrogenaz NADH w parkowym gwarze. Pomiędzy kolejnymi łykami Happiness Tea wspominam zwieszające się z werandowego sufitu różowe twory, ni to samoloty ni fikuśne kwiaty, tworzące ławice nad głowami z zielonymi i niebieskimi oczami. Przede mną maszerują dumnie wypięte kobiety z zalążkami pod swetrami i ojcowie z wózkami, w których dzieci mają czapki zaciągnięte po samą szyję. Dosiada się małżeństwo, dość już sędziwe. Po chwili żona zrywa się z ławki, rzuca "zaraz wracam" i rusza alejką w kierunku mostu. Podchodzi do krzaków i z nieukrywaną radością rozdusza obcasem białe kuleczki śnieguliczki, które pękają z głośnym trzaskiem. Wraca chwilę później, pogania swego współtowarzysza, chwyta pod ramię i małymi, starannie stawianymi kroczkami opuszczają mnie, uśmiechając się dobrotliwie.

Wprawdzie ten fragment krótkometrażu dość mocno gryzie się z uśmiechniętymi, babcinymi ustami, pieczołowicie wysmarowanymi różową szminką, ale dziś sobie o nim przypomniałem. O nim i wrażeniu, jakie na mnie wywarł.

21:53, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 września 2009
Pod uszami, w zgięciu kolan.

Najpierw pojawia się ostry zapach suchej trawy, zmierzchu i ziemi, później intensywny aromat pieczonych drożdżówek tak słodki, że aż czuć go na języku. Dalej dotkliwy chłód przynosi z pól woń balotów ze zbożem, tych ostatnich, które jeszcze czekają. Jesień zaczyna się na całego, wracam do domu inną drogą, przez miasto, ludne jeszcze trochę i świecące. Cieszę się już na powrót do Poz (zauważam jednocześnie, że używam formy "powrót do" a nie "wyjazd do"). Kolorowy, złoto-brązowy park jest prześliczny a ja lubię swetry i szale. I czerwone nosy i czerstwe twarze i golfy z zarostem. Może te poranne chłody natchną mnie jakoś do pisania czegokolwiek, bo aktualnie to dziura w mózgu, taki los.

23:58, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 września 2009
Jesień idzie.

Kot rozkosznie łasi się do łydek, przeciąga, miauczy, domaga pieszczot. Biorę go na ręce, drapię po podgardlu, za uszami, po mordce. Ekstatycznie mruczy. Udeptuje sobie miejsce na moich kolanach, zwija w kłębek i zasypia. Grzeje i mruczy swoje mruczanki. Też mam ochotę tak zwinąć się na kolanach, chyba jakiegoś King Konga i zasnąć. Dać się podrapać za uszkiem i po mordce.

Pierwsze uderzenie odwinnego gorąca, potem lekko szumi. Pozwalam sobie, znów i znów, choć wiem, że od czerwonego będzie mnie boleć głowa. W sumie nie jest całkiem czerwone, światło przechodząc przez szkło rzuca na kartkę bardziej amarantowy cień. Włączam opcję powtarzania w wieży, w której więżę Jónsiego, Antony'ego i resztę instrumentów. Kręcę się w kółko, siadam przy łóżku na podłodze. Przeciągam palcami po dywanie.

Drapię za uszkiem. Pierniki idealnie komponują się z winem.

01:07, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 września 2009
* * *

Na dachu naprzeciwko - romantyczna scena. Nieme flirty, pierzaste czułostki. Po chwili niespodziewany koniec, oblubieniec ucieka z miejsca schadzki, wraca małżonek. Kłótnia kawek o zdradę zostaje zagłuszona przez gwiżdżacy szaleńczo, łaskotany do bólu płomieniem czajnik. Gaszę, zalewam, wracam. Spoglądam znów. Rubaszny sąsiad dość niepewnym krokiem toczy się ku drzwiom. Sąsiadka z wózkiem i mężem, mąż z lizakiem. Po balustradzie balkonu przechadza się pająk na swoich długaśnych, rachitycznych odnóżach. Spuszcza się na podłogę zostawiając za sobą skrzącą nitkę. Małżeństwo z koszykiem piknikowym, takim z dwiema klapkami, z wikliny. Przeciągam się, popijam zieloną herbatę i władczym spojrzeniem lustruję z trzeciego piętra żywoty maluczkich.

Berneński pies pasterski wyprowadza swojego pana na spacer, mocno pachną maciejki, falują pelargonie i drżą lobelie. Gołębie (zdecydowanie mniej kłótliwe od kawek, mniej też rozwiązłe, zapewne) obserwują z lekką drwiną jak małe kundelki bezmyślnie gonią za piłką. Pajace!

Uśmiecham się do siebie i znów kieruję spojrzenie na list.

23:39, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 sierpnia 2009
Kleksy.

Zawsze czułem jakąś perwersyjną przyjemność podczas pisania piórem. Pachnacy papier, fioletowy atrament, kleksy. Taka zabawa w kiedyś. Myśli oddzielone kolejnym zanurzeniem stalówki w kałamarzu, zapach tuszu, kaligraficzne sytuacje. Jak Virginia w Godzinach, mrużąc oczy ożywiała panią Dalloway. Drapiący metal nakazuje zwolnienie przemyśleń, wymusza dystans. To jak malowanie słów, które później, teraz, bezlitośnie i bezdusznie wklepię w klawiaturę komputera.

Lubię pismo. Takie układanie siebie na kartce w jakis sposób uspokaja. Subiektywne i osobiste. Tylko moje. Pisanie, żeby pisać. Bo po to to wszystko jest. Pisanie dla pisania.

 

Lewitujący parasol na szemranej ulicy.

Lewitujący parasol na szemranej ulicy.

18:36, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 sierpnia 2009
Weirdo.

Poznawanie to krótkie (przedkoncertowe, prawiebrunetowe) i to całkiem długie (nadmorska mendka), poznawanie bliższe (cynamonowe) i wszelkie inne formy wymiany spojrzeń z zacnymi ludźmi to coś, co zawsze powoduje u mnie przyjemny dreszcz. Choćby poznawanie głosu współtowarzyszy w śpiewaniu "This is what you get, when you mess with us" na świetnym koncercie, wygrzewanie się w słońcu przed owym przedsięwzięciem. Wakacje, wakacje. Ludność. Cudowne wyrównanie nastrojow, choćby chwilowe. A w perspektywie radość z obecności kogoś, kto wyrazi chęć pójścia na dobry film czy na świątecznego Dziadka do orzechów.

W zielonych ścianach nałogowe sluchanie, Iwaszkiewicz i Virginia, likier kawowy, przymusowy odwyk komputerowy. Chyba potrafię trochę bardziej panować nad kierowaniem siebie tam, gdzie chcę. Pewnie to minie w momencie pojawienia się kogoś-czegoś, co znów wbije szpilkę i wyłamie cegiełkę. I cóż, że każdy zaglądający mężczyzna nie mający być dobrym znajomym zniechęca się po chwili albo szuka potencjalnej fanty? Dziś mówię, że to ich strata.

 

17:36, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 sierpnia 2009
Petronelka.

Snute tu historie, sąsiedzkie niesnaski, senne poranki, błahe zdarzenia, wszystko delikatnie mnie opływa, wypłukuje i podmywa wielkie piaskowce wydarzeń ważnych. Takie mam wrażenie, że to co się dzieje tu, w domu, w tym mieście, jest jakieś mniej ważne i bardziej odprężające. Jakbym był w pociągu z przedziałami, niby jestem, ale mogę wszystkiemu przyglądać się przez szybę. Takie chwilowe przycupnięcie w kąciku, sny mieszające się z rzeczywistością.

Ciekawe przeżycie kilku dni w całkiem nowym towarzystwie, zacne pojenie się winem na dachu i spoglądanie w gwiazdy, życzenia perseidów, nowe twarze i niecodzienne sytuacje. Dyskusje o Muminkach, o Lynchu, o Tokarczuk, o pierogach i kluskach, zamki z piasku i piasek przesypujący się przez dłonie.

 

14:53, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Madame.

Zawsze podobało mi się to, że potrafi kokietować, jakby zupełnie nieświadomie, naturalnie, jak gdyby mrugała tylko albo kwiaty podlewała. W każdym jej ruchu jest coś absolutnie zmysłowego. Zgrabnie wyciąga zapalniczkę z torebki i zapala papierosa. Prostuje nogi, wygodnie rozsiada się w kawiarnianym fotelu. Wygodnie, ale wciąż szykownie i z gracją.
- Wiesz, powiedziałam mu, że jest słodki, ale ja nie mam ochoty na wakacyjny romans.
Tak, ona samym spojrzeniem potrafi sprawić, że przechodzącemu obok mężczyźnie wyraźnie miękną nogi. To momentami jest demoniczne.
Z kolei swe wdzięki zewnętrzne eksponuje całkiem świadomie. W obcisłej, dopasowanej spódnicy i butach na obcasie wygląda pociągająco. Mnie pociąga jej usposobienie, pewna nonszalancja i kocia natura. Chwyta filiżankę z kawą i delikatnie spija dwa łyki.
Kiedy się śmieje, lekko odchyla głowę. Kątem oka zauważam, że kelner się przygląda. Zakłada nogę na nogę, strzepuje z uda nieistniejący pyłek.
- Kupił mi słoneczniki, skubany, ciekawe skąd wiedział, że je lubię. - Przygryza wargę, zaciąga się papierosem. Wypuszcza dym przez lewe ramię. Wszystko w niej jest zabójczo kobiece, każda komórka ciała zdaje się to wykrzykiwać.
Przeczesuje dłonią włosy, znów się śmieje. Słucha uważnie. Kiedy się żegnamy całusem siedzący w kącie brunet rzuca zazdrosne spojrzenie.

22:54, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
środa, 22 lipca 2009
Grzbiet ociera czarny kot.

Z sufitu zwieszają się pajęczyny kilku westchnień z wczoraj, kurz wirujący w powietrzu osiada na podłodze i zasypia. Wyobrażona ręka, dłoń, nadgarstek i przedramię odgarnia niechciane sny i znika. Te sny chciane wcale nie przychodzą, czają się gdzieś za rogiem chyba. Sam już nie wiem na jaką częstotliwość mam się przestawić, żeby rezonans nie był zbyt dokuczliwy. Nie chowam się wcale, czekam. Wyglądam i obserwuję. Kogel-mogel ukręcam i próbuję bawić się w czucie.

Duszno.

 

Miała nieco ponad dwadzieścia lat. Bardzo długo starała się o dziecko. Nic jej nie przeszkadzało, nie ciążyło, nie utyskiwała na mdłości i bóle. Jeden cel, jedno największe pragnienie zaczynało się spełniać.

Miało się udać. Kiedy na nią patrzę, na grube włosy do ramion, splątane i zaniedbane, miejscami siwiejące już, na niebieskie, przepiękne oczy, które teraz nie mogą skupić spojrzenia w jednym punkcie zastanawiam się, czy bardzo tego żałuje. Boję się spytać. Od dwudziestu lat jest przykuta do łóżka. Sclerosis multiplex, które od momentu porodu zaczyna zmieniać jej mózg w bezużyteczną szarą masę. Niemożliwy do opanowania skurcz lewej łydki kończy opowieść. Prosi, żeby zwilżyć jej usta.

Kiedy zmieniam opatrunki, widzę na jej udach przykre świadectwa tych kilkunastu lat męki. Głębokie odleżyny, warstwy martwej tkanki, kratery przez skórę, mięśnie, do kości. Kara za brak grzechów. Za marzenia.

Nie chcę potrafić o tym nie myśleć.

18:03, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Filtr martwa przestrzeń.

Bry. Ja tu mam takie coś do mierzenia cukru, glukometr się nazywa, szukam ochotnika, ręka do góry!
Cisza.
Panie K. pan taki blady, nie jest panu czasem słabo? Nie? A może jednak? Troszkę? No, to zmierzymy cukier. Tylko pik pik mikroigiełką i już... Nie, nie, nie będzie bolało. O. 89. Dobrze.

Siostrooooo! Sioooos... A nie, to brat. Bo mi tu nie leci.
Jak nie leci, to może lewatywa?
Aaa, nie, już leci, już.

- Siostro, mam założyć różowy czy zielony wenflon?
- Jaki wolisz.
- Osobiście bardziej podoba mi się zielony.
- No i dobrze, ordynator ma uczulenie na różowy.

Leci, nie leci. Zapchało się. Przepłuczemy. Nie, nie będzie bolało. Trochę poszczypie. Nie, nie musi pan się kurczowo trzymać poręczy. Nie, nie robię tego z igłą. No już. Bolało? Mówiłem.

Jest cudownie. Przemykam, kaniule dożylne zakładam, jestem operatorem kroplówek i strzelcem domięśniowym wyborowym. Jest nadspodziewanie zacnie.

18:26, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 czerwca 2009
Kontrola snu.

Zapach przepełnionych i przeludnionych pomieszczeń, okropnie zagraconej kuchni, skrzypiącej przy łazience podłogi. Piski gżegżółek. Ulubiona lampka na telewizorze, moje zielone ściany, spadające z regału na głowę książki. Nawet nad jeziorem pachnie wakacjami, ale zupełnie inaczej niż tam. Całkiem swojsko. Długowłosy zielony dywan i na nim nocne słuchanie szymanowskich konstrukcji. Nocne.

Zimno nie jest, gruby koc musi wystarczyć. Robal łazi, owszem, wielki i nie dający spać.

Nocne. Odgłosy tutaj są całkiem znajome. Wypadające drzwi szafy, na ścianie babcia na komarku. Przejażdżkę sobie urządza, pomiędzy stertami płyt, kilkoma butelkami, na pnączu, pod oknem, obok książek. Parkuje z powrotem na polnej wtedy jeszcze drodze, obok mnie zawiniętego w ręcznik dziewiętnaście lat temu i mamy, pięćdziesiąt lat temu.

Komarek ruszał na zapych, dziadek miał do niego biały kask.

17:35, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2009
Tak, słucham.

Obraz:
Wchodzę do mieszkania zachęcony wykrzyczanym: OTWARTE!
W przedpokoju półmrok, potykam się o żółwia. Większość powierzchni płaskich w pokoju zajmują porozkładane płyty winylowe. Pośród nich tato, lekko przekrzywione okulary, iskrzące się oczy. Gramofon. Kupił gramofon, wzmacniacz, głośniki. Wygrzebał z czeluści szafy stare płyty, zamówił nowe. Entuzjazm wzrósł, kiedy i ja z zapałem rzuciłem torbę w kąt i zacząłem przebierać palcami w kartonowych opakowaniach.

Zapada półmrok. Przenosimy się do jakiegoś mrocznego holu. Tata ma długie włosy i grzywkę, bródkę. Deep purple. Nuci, mruczy. Zamyka oczy.

Jaśniej, jakieś światła mrugają, tłum ludzi, zdarte gardła, "She loves you, yeah, yeah, yeah!"

Kilka epok później wszystko się zmieniło. Ze szczwanym uśmieszkiem przykłada igłę i orkiestra nagle wybucha niespodziewaną Błękitną rapsodią. Przeciągłe glissando klarnetu i erupcje radości.

Herbata całkiem zimna się zrobiła, niebo całkowicie zgranatowiało.

23:12, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 czerwca 2009
19:35

W szczelinach między kocimi łbami wirował oddychający po całym dniu unoszenia się kurz. W brudnych szybach kamienicznych piwnic odbijały się co jaśniejsze obrazy butów przechodniów. Ich samych jakby nie było. Czasami tylko wyprzedzał mnie jakiś cień. Nie było całkiem cicho, ale nic nie słyszałem. Z każdym krokiem próbowałem zgubić, ziarenko po ziarenku, kilka ostatnich emocji. Gdyby nie ludzie, którzy potrafią do mnie napisać albo zadzwonić i przez 10 minut podawać słowami dawki morfiny, byłoby gorzej.

Chyba próg pobudliwości nieco się podniósł. Przynajmniej na jakiś czas.

11:49, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 czerwca 2009
Bo w Poznaniu...

... na Sołaczu też.

 

 

Rozbija się o głowę, huczy, stuka w parapet. Odbija się echem od ścian, narasta i cichnie.

Wszędzie.

00:18, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (2) »
piątek, 12 czerwca 2009
Niepokój bladych gwiazd w zielonym morzu nieba płonie.

Kolejną cystę fascynacji zagnieżdżającą się w mózgu staram się pominąć, jak zwykle. I choć wpadła tak niespodziewanie, spustoszenie sieje jak każda inna. Nie, to nie dlatego oblałem egzamin. Teraz postanowienie królowania w wieży jest chyba twardsze, ha ha. Zaprosić mogę, na kieliszek wina, usiąść można, ale na kanapie naprzeciwko mojego fotela. Nie u mnie a już na pewno nie ja u ciebie. Bo i po co, skoro zanim dobrze zdejmiesz buty, to już sobie idziesz? To tylko takie surowe stwierdzenie, przelewania żalu nie będzie. Lekka tylko złość na siebie, jak zwykle.

Wielka radość ze znalezienia malutkiego sklepiku obładowanego płytami z muzyką od podłogi do sufitu i herbatka Telimeny ze ślicznymi niebieskimi oczętami to kilka łagodnych uśmiechów których ostatnio troszkę za mało.

21:31, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (4) »
wtorek, 02 czerwca 2009
Les Chansons d'amour.

Jasnowłosy chłopiec rozbiera nierozkwitnięte jeszcze pąki maków, bawi się pozwijanymi i pogniecionymi w swojej pierwotności czerwonymi płatkami. Rozwije ja i układa jeden na drugim na kolanach. Skórzaste osłonki, puste w środku, leżą na ławce obok, bo i kto by się zajmował szorstką zielenią, kiedy można dotykać takiego aksamitu. Z dziecięcą czułością wygładza zagniecenia, wpatruje się w swoje dzieło. Oślepione i nagle obudzone czerwone oczy zdają się przeciągać i wić na tych chłopięcych kolanach, dobierając sobie dopiero odpowiedni odcień kuszenia.

Surowość tej koszuli wydawała się być gryzącym kontrastem do pogniecionych shirtów innych pasażerów. Kołnierzyk zaprasowany, delikatne zmarszczki na plecach i rozpięte mankiety. Właściciel tępo wpatrywał się w swoje równo obcięte paznokcie. Wysiadł. Właściwie to wyszedł chwilę wcześniej, została tylko ta koszula.

 

02:06, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4
statystyka