RSS
wtorek, 19 lipca 2011
... najlepiej zabierz mnie.

Zdarza się jeszcze, że rankiem, po przebudzeniu, instynktownie szukam ramienia, szukam talii do przytulenia, szyi do zanurzenia nosa, tego ciepłego zapachu rozespanej skóry, jedynego w swoim rodzaju. Wtedy mam ochotę zasnąć z powrotem. Dokleić ze sto kartek do kalendarza, który tak złośliwie się kurczy i móc zaczynać dzień od uśmiechu. Nigdy nie lubiłem wstawać wcześnie, teraz nie czuję różnicy. Moja doba zmieniła się na kocią. Śpię, po pracy wracam i śpię, coś zjadam i czytam i śpię. Lepiej mi, kiedy sobie pomyślę, że mogę wrócić, schować się pod kocem i zniknąć. Lepiej mi, kiedy sobie wyobrażam, że pewnie jest szczęśliwszy i weselszy. Lepiej i smutniej.

Nigdy nie spodziewałem się u siebie takich stanów. To wszystko co miało miejsce uzmysłowiło mi, że są we mnie emocje, których jeszcze nie znam. Oglądam je w lustrze i się dziwię. Bo wiem, że to co zdarza mi się robić jest nieracjonalne. Do niczego nie prowadzące. Czasem wręcz głupie. To było trochę snem po wdychaniu gazu rozweselającego, człowiek - narkotyk. A teraz znów, szorstko, ciężko, noga za nogą. Mogę to tu napisać, zamieścić piosenkę, której nigdy nie chciałem zamieszczać, może wyprowadzi się z mojej głowy.

 

18:28, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lipca 2011
A kto czytał ten trąba.

Jestem świetnym bajkopisarzem. Kiedy chodze po pokoju i w rytm Toccaty Prokofieva mówię do kwiatów, snuję kolejny scenariusz, jeszcze bardziej nieprawdopodobny i groteskowy od poprzedniego, widzę jak im rzedną miny. Liście więdną. Obsada wciąż ta sama, ja jako sufler. Otoczenie się zmienia, czas nie. Oscarowe dialogi (raczej skąpe), mistrzowskie sceny zbliżeń (rozbudowane), ujęcia godne naśladowania. Zakończenia zależne od chwilowego poziomu żalu.

Plusem (?) jest to, że wystarczy malutka myśl i już mi rośnie dodatkowy migdałek w gardle i nie mogę nic przełknąć. Takie napady mam w domu, w szpitalu, kiedy pochylam się nad problemem zaparć albo przygotowuję pachnącą kąpiel. Chwila, mniej niż przedwczoraj. Może więcej niż jutro. Pół godziny, dziesięć minut, ustępuje samoistnie lub pod wpływem silnego skupienia się na 'teraz'.
Odkryłem, że jest coś z zewnątrz, co potrafi na chwilę zaspokoić te napady dysforii. Ukradłem pudełko Xanaxu i łyknąłem jak dropsy. Mmm.

I wszystko byłoby dobrze gdybym nie wiedział że takie coś to nie pomaga. Dlatego ten Xanax też trzeba włożyć między bajki, wolę tic taci. Myślę tylko o dobrym. Wywietrzały mi te złe wspomnienia, odparowały, skuły się i zablokowały. Tylko to wieszanie prania i pizza i autobusy i...

 

PS. Kalendarzowa rada na dziś: Be courteous to everyone.

21:25, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 lipca 2011
Stand by

Dzisiejsze wieczorne pedałowanie było pełne złości. Cudnie rozładowujące. Kiedy pęd powietrza wywiewa przez uszy niechciane, lepkie i ciężkie grudy myśli. Czułem jak wydostają się znad namiotu, zza zakrętu hipokampa, znad siodła, turlają wzdłuż zatoki i spadają na chodnik za mną. Taki mózgowy nieżyt myślowy. Już sam nie wiem czy mnie boli bo go nie boli, złoszczę się na siebie że ciało tak bardzo, że cielesność, że przecież tak nie można. I co mnie to obchodzi, nie mój interes. Bo mam liczyć się ja i robić dla siebie. A tu kończy się tak, że coś mnie skaleczy i ja przez 5 minut się złoszczę a potem to i podziękuję i przeproszę. Ukłonię się i spytam czy czegoś jeszcze nie trzeba.

Czasu trzeba, ja wiem. Wszystko wiem, teorie znam. I co z tego. Boli tak samo kurewsko mocno. Ale nie wiem co teraz boli. Serce chyba mniej, dusza mocniej. A ego?
I brakuje mi znów tego przycisku do wyłączania uczuć i emocji. Albo ogólnego takiego, power off, takiego bez zastanowienia. Tylko tu i teraz.

OFF.

00:34, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 lipca 2011
Lunatycznie się przechadza luna srebrnooka.

Kiedy już wszyscy stwierdzają, że jest zbyt późno, za zimno i ciemno, wtedy nad wodą jest najlepiej. Woda zdaje się oddychać, pachnieć i parować. Jakby odpoczywała po upalnym i wyczerpującym dniu, po tych ciałach które ją burzą, tnących falach i żaglówkach. Jest cicho, kilka fosforyzujących spławików, te białe smugi i grające świerszcze. Felerny pomost.

Im dalej w las tym bardziej podoba mi się moja praca. Są ludzie, dużo ludzi a ja biegam, oglądam i słucham. Pomagam, transportuję, radzę, notuję, osłuchuję, dotykam, zaglądam. Wieczoram pedałuję, później nadrabiam książkowe zaległości za cały poprzedni rok. Poukładałem w łóżku mnóstwo poduszek, zmalało trochę, uf. Częściej piszę pierwszy. Ale to chyba nie przez nagły wzrost pewności siebie.

"Choćbyśmy wtarli w dziąsła prochy najbliższej osoby, nie poczujemy bliskości. Gdybym otwarła sobie żyły i wraz z krwią puściła wszystkie swoje tajemnice, udostępniła zwiedzającym myśli, te najczarniejsze, złe, zawstydzające nawet mnie samą, wyszeptała marzenia, stała się całkowicie transparentna, nie zyskałabym poczucia zjednoczenia z drugim człowiekiem. Dlatego bezwzględnie konieczne jest wejście w zażyłość z samą sobą, podjęcie heroicznej próby uczynienia siebie jedyną odpowiedzialną za jakość życia, poczucie spokoju, który jest synonimem szczęścia. Człowiek, który nie lubi siebie, boi się pobyć ze sobą, staje się na powrót bezwolnym niemotą, podpina się pod cyc świata zewnętrznego i ssie iluzję; substancję odżywczą i kaloryczną jak... ocet."

 



14:18, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 czerwca 2011
Delirium tremens

Dobrze, że jest słońce, że niedaleki ale oddalony od tamtąd dom. Pierwszy raz od trzech lat mam dosyć dużego miasta. I zespół odstawienia, chyba bez możliwości szybszej odtrutki. Prawie dwa lata, i (podobnież) postępujące decrescendo emocji i zaangażowania. Łagodzę ból ciszą i kontaktem. Nie, nie odcinam się i nie zgniatam w sobie. Konieczność występowania znów w liczbie pojedynczej duszę rozmawianiem ze sobą i próbą zainteresowania się otoczeniem. Nie potrafię sobie odpowiedzieć, czy przyzwyczajenie czy zauroczenie, czy może to było coś-więcej. Jeden z ostatnich dni to jak nie-świadomość, grand mal jak się patrzy.

Zespół abstynencyjny – przykre doznania psychologiczne oraz fizyczne, które pojawiają się po odstawieniu środka uzależniającego. Do typowych objawów należą: niekontrolowane drżenie mięśni, tiki nerwowe, mdłości, przyspieszona akcja serca; a w warstwie psychicznej – stany lękowe, depresja, zaburzenia snu, poczucie ogólnego rozbicia. Zespół abstynencyjny rozwija sie w różnym czasie w zależności od substancji przyjmowanej.

 

Trzeba się twardzić, bez odgłosów!
Drozdy czasem mają rację. Może Anna J. też?

11:17, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 czerwca 2010
GraTy

Wywiozłem już wszystko nad Wartę, swoje dwa lata w kilku torbach i kartonach. Atlasy, księgi, słoiczki z herbatami, muzykę. Jutro wywiozę sam siebie, na dwumiesięczną emigrację. Odhaczam drugi rok, z całkiem sporą dozą satysfakcji i wiary, że nadchodzi coraz ciekawsze.

Nowy rok przywitam, chyba, kładąc spać słońce z trzynastego piętra. Kuszą nowe książki (sic!), kusi na szczęście też zieleń i słodka radość nieróbstwa. Żal mi troszkę parku i tej sołackiej ciszy. Uczę się słuchać (i osłuchiwać też) i pytać. Jakoś tak odważniej. Gefyrofobia zyskuje wymiar historyczny raczej, przeszły.

Suszymy na sznurku listki bazylii, powiesiliśmy Audrey na drzwiach, upchnęliśmy do szafy moje graty.

21:18, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
piątek, 30 kwietnia 2010
A stable float

Pierwszej nocy budziłem się często. Balansowałem na krawędzi snu i pół-snu, pamiętam powtarzającą się melodię graną przez fortepian, do teraz kompozycje Sakuraby kojarzyć będą mi się z nocą. Dźwięki w przestrzeni, cicho i ciemno. Stłamszeni i zduszeni, na sobie prawie, chłonęliśmy pierwszy wspólny sen. Suchość w ustach i ciepło na skroni. Bicie serca. Szybsze - moje, wolniejsze - jego. Płytki, niespokojny oddech. Zarys profilu w świetle ulicznej lampy przebijającej nieco przez zasłony.

Nad ranem krzątanie się sąsiadów w łazience, krzyki i rozgardiasz.

02:17, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (2) »
sobota, 06 marca 2010
Tulipany.

I tylko chciałbym czasami tak jak on umieć znikać, bo gry słowne lubię od dawna a i szczerzę się często bez powodu. Ale nie znikać ze wstydu czy strachu. Ot tak sobie zniknąć i poobserwować. Bo ludzie milsi się robią jak tylko słońce troszkę przygrzeje, nie będę przecież tłumaczyć że ja wiosnę mam już od późnej jesieni i nie chcę przewidywać innych pór roku przez najbliższe x lat. Bo z każdym dniem wszystko zieleni się na nowo.

Radości przysporzy umocnienie wiary we własne możliwości i umiejętności, zrozumienie wreszcie dróg czerwienno-rdzeniowych i dlaczego nie ma czucia bólu i temperatury w lewej nodze po uszkodzeniu prawej połowy rdzenia na wysokości Th10. W ogólnym zamieszaniu zaniedbuję trochę pisanie o całej tej introspekcji ale nie zaniedbuję siebie.

Tulipany.

11:02, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
piątek, 29 stycznia 2010
Yy!

23:03, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Głos z zaspy.

Staram się złapać oddech, nie spać i nie odwracać uwagi, żeby wchłonąć jak najwięcej i przeżyć najpełniej. Odkrywam go, teraz już mniej niecierpliwie, obieram się ze skorupki barier tych najbliższych przestrzeni, przyzwalam i sam zwiedzam. Zmarznięte stopy, wściekłe Mariposy i niekontrolowane uśmiechy wszędzie. Autobusowo-tramwajowe szaleństwa i wspólne zakupy. Ciepło, blisko, więcej, więcej. W ślicznym kubku z Bolesławca parzę herbaty malinowe i staram się wgryźć w twardy materiał spraw codziennych, zwłaszcza tych na studiach. Zwalniam się i układam w odpowiednie rowki Bachem, dobrze temperowanymi klawiszami. Aktywność wirtualna dość znacznie ograniczona. Na rzecz tej realnej, naturalnie.

Jestem szczęśliwy.

17:32, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 grudnia 2009
pmmp

Komponuję się z szalikiem w zielono-niebiesko-brązowe pasy, kulę i tulę, parzę chwile przy kominku. Testuję łóżka i miękkość materacy w Ikei, jeżdże wyczynowo na krzesłach biurowych tamże. Gryzę pachnącą szyję. Ruskie pierogi też. Przedświątecznie, powarszawsko, piernikowo, zacnie. Chyży egzaminator z ciepłym spojrzeniem zapoznany bliżej, galeria portretów spenetrowana, łaknę więcej. Z nogami na grzejniku, głową za oknem, za mostem, po drugiej stronie Warty.

Warty.

23:53, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 grudnia 2009
Zahaczam

głową o chmury. Wplatam się we włosy z wzajemnością. Zwiedzam rejony całkiem nowe, przytulne. Rozglądam się, poszukuję nowych ścieżynek. Poszukujemy.

23:39, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 listopada 2009
Krasnale ogrodowe.

Punktualnie o północy blaszane czerwy nocnych autobusów zaczynają wynurzać się z gniazda i skrzypiąc w przegubach, miarowo unosząc się i obniżając, pełzną w stronę przystanków. Jeden po drugim, w idealnym porządku, jak stadko mrówek. W środku snuje się specyficzna woń, mieszanka strawionego alkoholu, plam od sosu czosnkowego, zmęczonej skóry, śpiących oddechów. Byle trafić na swój przystanek i wyłuskać się spomiędzy siedzeń. Spojrzenia zwykle są niezbyt przytomne, czasami mgliste a najczęściej nie ma ich wcale, giną zakneblowane w szparach powiek. Nierytmiczny bełkot, nietrzeźwe pytania o papierosa, o godzinę i o sens. Bo bez sensu, że nie jedzie tam, gdzie miał.

Nocne seanse, plakaty na ścianach, kameralna publiczność. A przed oczami, klatka po klatce, blask i glamour.

00:45, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 listopada 2009
Zwykle.

Kiedy nastroje takie jak ten wczorajszo-dzisiejszy, sklapnięty i przydepnięty to i w domu wszystko jest bardziej gęste, sufit robi się cięższy, łóżko twardsze. Wychodzę wtedy, czym prędzej, gnieżdżę się w trzeszczącym tramwaju i jadę w ludność. Jest wieczór, chłodny. Prowokuję bezczelnymi spojrzeniami ludzi, łażę w kółko po rynku, obserwuję. Szkoda, że piątek, duży tłum, wszyscy idą w przeciwną stronę, schodzą po schodkach w dół, zanurzają się w dymach buchających z klubów, w tej mieszance papierosów, muzyki, potu i alkoholu. Idący z naprzeciwka uśmiechają się, machają rękoma - do innych ludzi, idących za mną. Interesuje się mną tylko pies, skrupulatnie obwąchujący nogawkę. Śmieję się z historii opowiadanej przez chłopca z grupy maszerującej przede mną, wzruszam sceną pocałunku w brodę i ucho, mam ochotę wyciągnąć rękę, zaczepić kogoś, zainicjować rozmowę.

Zaciskam palce na telefonie schowanym w kieszeni, może zadzwoni, może ktoś nabierze ochoty na rozmowę ze mną. Nie wibruje, za to ja mam dreszcze. Ale jakoś tak chyba nie z zimna.

Bez powodu?

23:05, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 listopada 2009
Stygnę.

Z szalikiem po samą brodę maszeruję Teatralnym, łowię wzrokiem rowerzystów, nucę, czekając na zielone światło. Paruję z ust, dzielnie znoszę kolejne dyskretne (i te mniej również) kosze. Koszyczki właściwie, bo to takie tylko pozorne, na niby, prapreludium. Bawię się w powagę, ale wciąż cholernie ekscytuję przy każdej sposobności. Momentami sam się dziwię swojej odwadze, której kiedyś było mniej. Tę odwagę pomagają mi trochę budować przyjaciele (samo to słowo dobrze na mnie działa), dobre głosy, krzepiące wieści, wiadomości o szczęściu. Lubię, kiedy są i marznę gdy ich braknie. Przyjaciele chwilowi. I ci na dłużej. Wszyscy, którzy zatrzymają się, żeby porozmawiać. Zwolnią, wymienią się niedźwiedzim uściskiem.

Teraz to już chwila, moment, na Kaponierze staną podświetlane choinki, ludzie w tramwajach zaczną wyrysowywać na zaparowanych szybach głupstewka a ja zacznę gubić rękawiczki.

W źrenicy tak pełnej żywej mgły
Nie ma nic.

22:59, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 października 2009
Korzyści emocjonalne.

Najchętniej ciągle bym spał. Czuję, że teraz więcej śpię, uczę się w przerwach. Niemyślenie przy nauce oczywiście nie wychodzi, wyszedł za to pomysł zrobienia porządku w szafce kuchennej, segregacja dokumentów i wyczyszczenie kabiny prysznicowej.

Propozycja przygodnego seksu, niezrozumiałe zdania po hiszpańsku, emocjonalny wampiryzm, chłopcy rozduszający w sobie gorzkie resztki poprzednich związków, w których masochistycznie się tarzają, słowa bez odpowiedzi, wszyscy konkretni, z licznymi przymiotami. Piękni, wyzwoleni i pewni. Ja też tam gdzieś pomiędzy, też po trochu odznaczający się tymi wszystkimi cechami.

Zespół sobotniej nocy (albo niedzielnego poranka) wywołany najwyżej lampką wina, częściej nadmiarem informacji wtłoczonych poprzedniego dnia do układu limbicznego. Emocje mają duży wpływ na pamięć, walki o miejsce w świadomości, hipokamp vs. ciało migdałowate. Tworzę teorię, że jeden może blokować drugi, że współpraca niemożliwa, chociaż tak bardzo pamiętam silne wrażenia.

Ochładzam, poważny student. Z teczką, usta w ciup, moje uszanowanie, proszę, miejsca ustąpię. Wyprostowany przy biurku pochłaniam cykle i procesy, w przypływie nadmiernego szaleństwa zrobię sobie dobrze spacerem do parku.

JA:
To, że się wcale nie odzywasz ma jakiś głębszy sens, rozumiem, że coś Cię okropnie do mnie zraziło, hm?
ON:
Tak, nie przyniesie mi znajomość z Tobą żadnych korzyści emocjonalnych, a nie chce się dołowac bardziej, więc mam nadzieję że już nie mamy nic do siebie. Pa.


Zimno tylko strasznie. Głębiej schować się już dzisiaj nie mogę.

20:18, gefyrofobia.ma
Link
wtorek, 06 października 2009
Kasztaniaki.

Gdyby taka cała jesień, jak dziś, to ja jestem na tak. Mimo kasztanów atakujących mnie z drzew i śliskich liściastych alejek czyhających na moje piszczele. Zamykam w termosowym kubku esencję herbacianą i z lukrowanymi ciastkami wyżywam się umysłowo, próbuję okiełznać łańcuchy oddechowe i kompleksy dehydrogenaz NADH w parkowym gwarze. Pomiędzy kolejnymi łykami Happiness Tea wspominam zwieszające się z werandowego sufitu różowe twory, ni to samoloty ni fikuśne kwiaty, tworzące ławice nad głowami z zielonymi i niebieskimi oczami. Przede mną maszerują dumnie wypięte kobiety z zalążkami pod swetrami i ojcowie z wózkami, w których dzieci mają czapki zaciągnięte po samą szyję. Dosiada się małżeństwo, dość już sędziwe. Po chwili żona zrywa się z ławki, rzuca "zaraz wracam" i rusza alejką w kierunku mostu. Podchodzi do krzaków i z nieukrywaną radością rozdusza obcasem białe kuleczki śnieguliczki, które pękają z głośnym trzaskiem. Wraca chwilę później, pogania swego współtowarzysza, chwyta pod ramię i małymi, starannie stawianymi kroczkami opuszczają mnie, uśmiechając się dobrotliwie.

Wprawdzie ten fragment krótkometrażu dość mocno gryzie się z uśmiechniętymi, babcinymi ustami, pieczołowicie wysmarowanymi różową szminką, ale dziś sobie o nim przypomniałem. O nim i wrażeniu, jakie na mnie wywarł.

21:53, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 września 2009
Pod uszami, w zgięciu kolan.

Najpierw pojawia się ostry zapach suchej trawy, zmierzchu i ziemi, później intensywny aromat pieczonych drożdżówek tak słodki, że aż czuć go na języku. Dalej dotkliwy chłód przynosi z pól woń balotów ze zbożem, tych ostatnich, które jeszcze czekają. Jesień zaczyna się na całego, wracam do domu inną drogą, przez miasto, ludne jeszcze trochę i świecące. Cieszę się już na powrót do Poz (zauważam jednocześnie, że używam formy "powrót do" a nie "wyjazd do"). Kolorowy, złoto-brązowy park jest prześliczny a ja lubię swetry i szale. I czerwone nosy i czerstwe twarze i golfy z zarostem. Może te poranne chłody natchną mnie jakoś do pisania czegokolwiek, bo aktualnie to dziura w mózgu, taki los.

23:58, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 września 2009
Jesień idzie.

Kot rozkosznie łasi się do łydek, przeciąga, miauczy, domaga pieszczot. Biorę go na ręce, drapię po podgardlu, za uszami, po mordce. Ekstatycznie mruczy. Udeptuje sobie miejsce na moich kolanach, zwija w kłębek i zasypia. Grzeje i mruczy swoje mruczanki. Też mam ochotę tak zwinąć się na kolanach, chyba jakiegoś King Konga i zasnąć. Dać się podrapać za uszkiem i po mordce.

Pierwsze uderzenie odwinnego gorąca, potem lekko szumi. Pozwalam sobie, znów i znów, choć wiem, że od czerwonego będzie mnie boleć głowa. W sumie nie jest całkiem czerwone, światło przechodząc przez szkło rzuca na kartkę bardziej amarantowy cień. Włączam opcję powtarzania w wieży, w której więżę Jónsiego, Antony'ego i resztę instrumentów. Kręcę się w kółko, siadam przy łóżku na podłodze. Przeciągam palcami po dywanie.

Drapię za uszkiem. Pierniki idealnie komponują się z winem.

01:07, gefyrofobia.ma
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 września 2009
* * *

Na dachu naprzeciwko - romantyczna scena. Nieme flirty, pierzaste czułostki. Po chwili niespodziewany koniec, oblubieniec ucieka z miejsca schadzki, wraca małżonek. Kłótnia kawek o zdradę zostaje zagłuszona przez gwiżdżacy szaleńczo, łaskotany do bólu płomieniem czajnik. Gaszę, zalewam, wracam. Spoglądam znów. Rubaszny sąsiad dość niepewnym krokiem toczy się ku drzwiom. Sąsiadka z wózkiem i mężem, mąż z lizakiem. Po balustradzie balkonu przechadza się pająk na swoich długaśnych, rachitycznych odnóżach. Spuszcza się na podłogę zostawiając za sobą skrzącą nitkę. Małżeństwo z koszykiem piknikowym, takim z dwiema klapkami, z wikliny. Przeciągam się, popijam zieloną herbatę i władczym spojrzeniem lustruję z trzeciego piętra żywoty maluczkich.

Berneński pies pasterski wyprowadza swojego pana na spacer, mocno pachną maciejki, falują pelargonie i drżą lobelie. Gołębie (zdecydowanie mniej kłótliwe od kawek, mniej też rozwiązłe, zapewne) obserwują z lekką drwiną jak małe kundelki bezmyślnie gonią za piłką. Pajace!

Uśmiecham się do siebie i znów kieruję spojrzenie na list.

23:39, gefyrofobia.ma
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
statystyka